Waharug Moncye

sam ze sobą kłócę się, sam ze sobą gadam se, jestem sobie sam, jestem sobie se

Jaki ja jestem zdziwiony jak ja wiele mówię milczeniem. Niegdyś słowa, dziś chwile, pustki, przerwy. Słucham, a może oddalam. Często zostaje sam, zamykam się w pokoju, a moje wołanie jest płoche. Ja chyba śpię i nie wiem, że tukany lecą nad miastem. Rano przebudzam się i staję do walki, by zachować Ciebie w mej chmurze niedookreśleń. Przez to, że jesteśmy tak różni i niemal wszystko nas dzieli i nawet tematów do rozmów prostych wspólnych nie uświadczamy jest ciągłe staranie, bezfinałowe poszukiwanie, dążenie, delikatne poprzez smyranie, podszczypywanie a niekiedy i skakanie. Wszytko to jakby w niestabilnym i giętkim płatku białym róży przez nasze zmagania nigdy jeszcze nienaruszonym. Ja nie wiem ile jeszcze tak się da… Obawiasz się też? Jeśli tak, to zapewne kochasz … o czym nigdy się nie dowiem. Bo nawet gdy siedzimy obok siebie i gdy słowa padają i one tak między nami wędrują i jest tak cudno-śmiesznie, bo wygląda to na wzór zabaw normalnych werbalno-niwerbalnych, to wciąż języki nasze tak różne, że pozostać mogą tylko na etapie desperackiego dążenia do relacji wprostzrozumialnej. Zaś biorąc to bardziej ogólnie, zaś biorąc nas samych, niedookreśleń jest jeszcze więcej. Komunikacja żadna całej prawdy przecież nie powie, stąd pytań jest jeszcze wiele (albo wiele, bez „jeszcze”), co może i dobre bo ciekawość one na swych barkach dźwigają. Gorzej gdy bywa, że dręczą, gdy o samego siebie pytają.

Staje się taka chwila – raz w ciągu dnia. Zaś taki dzień, co w nim się staje ta chwila następuje raz na klika dni. Zapada cisza, emocję gasną, zostaje samotność, pustka i brak, zupełny brak. Rozpaczliwe szukanie myśli, interakcji, relacji i inspiracji. Losowość sytuacji i następujące zapomnienie ciągu zdarzeń, który doprowadza do zakończenia tego stanu irytuje. Chyba będę się zmagał z tą chwilą jeszcze jakiś czas a potem tylko przy następnej takiej sobie przypomnę, że była i nic więcej. Irytujące, żadnych wniosków nie wyciągnę, bo doświadczenia się zatrą.

Tak myślę teraz na chłodno wspominając i rację tą muszę przyznać, że dla mnie to też był najlepszy sex w życiu. Może to nawet był najlepszy sex na świcie – miary obiektywnej przecież nie ma, a wiara że ten nasz taki był, jest. Co więcej, tkwi we mnie takie przekonanie. Siedzę sam, bo ty dawkujesz mi siebie, dawkujesz świeżość poprzez dawki oczekiwania, posypujesz po głowie płatkami tęsknoty, bo gdy tęskno potem wszystko powraca z pierwotną siłą. Chciałem coś napisać, ale słowa nie dopisały, jak to w zwyczaju mają tylko w radości, już w smutku, w nostalgii nutę piękną zagrają. Napisałem tylko niezdarnie na czerwono „coś się stało”, poniżej serce narysowałem – też czerwone, a na nim, właściwie nachodząc na nie, bo poniżej miejsca już brakło, na niebiesko napis „What?” No właśnie….

A więc zacznijmy jeszcze raz to sobie tłumaczyć. Od drugiej strony – jesteś po prostu najlepsza, a nie potrafię sobie uzasadnić tego. Nie potorfie opisać i usprawiedliwić. Bo jakże można połączyć w sobie dobry sex i dobry pozasex, stawiając nadto przecudnie płynne granice, niekiedy niezauważalnie mijane. Jesteś najlepsza – a nie chce, nie chce najlepszej, żeby się martwić, odczytywać z tembru, ze słowa, następstw o które się niepokoję. Wyrzucam. Nie ogarniam – dalej jesteś najlepsza. Może inaczej – spróbuje uwierzyć, że mi się należy, że to nic złego, że następstwem takiego wzlotu nie musi być upadek, przynajmniej tak bardzo bolesny. Nie chcąc pytam się, czy warto tak wysoko się wzbijać bez opamiętania, bez wyobrażeń co do finału takiego lotu, by potem spadać z nieznanej wysokości. Wygląda jednak że nieprawidłowe to pytanie… Bo czy da się w tej sytuacji nie wzbić ponadto? No właśnie – nie, nie warto – powtarza w tle zagubiony rozsądek. Nie wiem co ja wypisuję. Nie wiem dlaczego. Milczysz już dosyć długo… a może te długie chwile są tak na prawdę takie same, tylko dla mnie w tej sytuacji dłuższe. Trudno. Chociaż sobie na tyle wyjaśnię, że ten tekst z tęsknoty i z niepewności oczekiwania. W samotności rodzą się dziwne myśli, powracają wspomnienia.

Pamiętam czasy biedy, brudu, w mieszkaniu pachniało alkoholem, kłótnie rodziców, niezrozumiałe, agresja, wyzwiska, nie mądrość, brak perspektyw, niezrozumienie i nieporozumienie. Na ósmym piętrze mieszkała wielodzietna rodzina, byłem przekonany, że gorsza, biedniejsza, brudniejsza, bardziej patologiczna, chociaż wówczas tego słowa nie znałem. Przyszła kiedyś do nas ta mała Bożenka, której się brzydziłem, kojarzyłem ją ze zwisającymi z nosa gilami. O ironio, jaki byłem lepszy, podświadomie w to wierzyłem, bo wprost nie wartościowałem, nie byłem nauczony. Gdy ona przyszła Taty nie było, tylko Mama, ja i Brat. Mama taka jakaś wesoła, rozpromienia, w kuchni rozwarte okno, w ciepły letni dzień, gdzieś pewnie koło 14, kiedy to kobiety siedziały w domu, chodziły do siebie na kawę, mieloną białym młynkiem z brązowa szybką, małym głośno buczącym, Chodziły sobie coś powiedzieć, a potem na ławkach przed „blokami” odbywały spotkania towarzyskie, czasami pojawiali się też mężczyźni, ale w mniejszej ilości. Były tam dzieci, które chyba w zasadzie żyły na podwórzu, lub jak mówiono gdzie indziej – na polu. Chłopcy kopali piłki, albo ich atrapy o bloki z wielkiej płyty, rzucali monety do dołków w ziemi i pstrykali na obsikanym milion razy żółtym piasku kapslami. Dziewczynki skały przez gumę, pozrywaną milion razy, z milionem supłów. Ich charakterystyczne, w charakterystycznym rytmie, podniesionym głosem, prawie wykrzykiwane, a zarazem prawie śpiewane „ Raz, dwa, trzy.. raz, dwa, trzy.. raz, dwa, trzy” stanowiło tło tamtego życia. Ale wróćmy do wizyty Bożenki – gdy przyszła, zrobiła takie wielkie oczy, takie wielkie, że ja nigdy wcześniej, ani później, do tej pory nie widziałem. Zobaczyła pomarańcze, bananów chyba wtedy jeszcze u nas nie było. Siedziała na blacie szafki kuchennej, pamiętam ten blat bardzo dobrze, taki kraciasty. Mama wzięła tą jedna pomarańcze z koszyka i dała Bożence, a ta odleciała,w zasadzie to gdyby miała skrzydła, to by nie wróciła. Wszyscy przez krótką chwilę podziwialiśmy jak je ze skórką, Mama nie pozwoliła, obrała. Od tamtej sytuacji Bożenka zawsze patrzyła na nas jakby z podziwem, było to dla mnie dziwne i niezrozumiałe, a nawet trudne do zaakceptowania. Chociaż ta pomarańcza, to był rarytas i długo jeszcze w naszym domowym koszyk obok jabłek zrywanych z dzikich sadów czy polnych drzew między Oborą a Szklarami, się nie pojawiła. Nie rozumiem, bo ani ja, ani brat, bo my nic nie powiedzieliśmy, jakąś ciszą zostało to wszystko przykryte, ta cała sytuacja i nie wiem czy to takie ciche zrozumienie, czy co. Przecież między sobą ciągle walczyliśmy o rarytasy. Dziwne jest to, że w ogóle nie wytłumaczę sobie nadal tego, po tylu latach. Brud, bieda, zaściankowość, a się dzielisz, nie żałujesz. Perspektyw brak, a jednak dalej coś wypracujesz, wyuczysz się, coś się trafi, świat ci pomoże, zmieniający się jak ty. Czy mi się należy? Czy komuś się należy? Sprawiedliwie, kto na ile zasłużył, czy jakoś solidarnie, po równo? Bo tamte czasy już nie wrócą, gdy się nie pytało, dziś im więcej wiedzy, pieniędzy, rzeczy, kreacji, tym więcej o sobie. Nie ma już starej białej domykanej na gwoździk szafki w łazience, pełnej w różowym opakowaniu mydełek – przydziału z zakładu pracy, nie ma trzepaków, nie ma spotkań ławkowych lokatorów „klatki”. Mydło w płynie z Rossmana, samopiorące odkurzacze, dresiarze i internet. Do widzenia, albo zklinania, polubienia, z-sms-owania. Ja pierdole. Może niektórzy chociaż zostali, może to ci dalecy, w bieszczadzkich lasach, może nielicznie ukryci nawet w wielkich miastach, może jacyś zagubieni, niewychodzący z domu. Może w wariatkowach pozamykani? A znani? Nie, na pewno nie znani. Gdzie ich szukać? Jako, że mieszkam wysoko, widok na okna z drugiej strony mam dobry, próbowałem kiedyś robić notatki, i szukać ich, zakamuflowanych, udających takich samych jak czas wyznacza dla dnia dzisiejszego. Takie oto wieści się do mnie doniosło…

Dobrze się niosło od przygłuchawej Rozaliowej spod jedynki. Z jej wielkiego telewizora prawdy o świecie zaznawałem. Właśnie ważna debata- rzeczowo, merytorycznie, aby zrozumieć nas ziemian. W kontekście:

Gość 2 – Kot się koci. Pająk się pajęczy?
Gość 1 – Ależ doktorze, doktor wie że oni tak nie mówią. Logicznie to ujmując – pajęczy mogło by oznaczać że owija pajęczyną
G2 – No a kot się owija kociną?
G1 – Nie ma przecież kociny, ale są pajęczyny!
G2 – To skoro kot się koci od kota, to pająk się pajęczy od pająka, czemu Pan przyjmuje że pająk się pajęczy od pajęczyny, nie zaś od pająka
Gość 3 – Drodzy Państwo pozwólcie, że się włączę -Hamilda Hinhildyna – doktorówna Ufówna
- Kot się koci, bo kot wychodzi od kota, to znaczy powstaje jakby z niego, więc pająk powinien się pajęczyć, to znaczy wychodzić z pająka
G1- Nie, nie, nie.!Protestuje – co w takiej sytuacji z pajęczyną, ona nie ma tu racji bytu,? Jedyna czynność jaka z nią może być kojarzona to przecież pajęczenie
G2 -No właśnie, może to pajęczenie jest słowem kluczem, bo czemu zakładamy że nie może ono być współdzielone przez pająka i pajęczynę

Prowadzący przerywa – Mamy pytanie z publiczności
Widz – słowo pajeczenie powinno być współdzielone przez pająka i pajęcznę? To znaczy, że może tylko określać czynności zachodzące między pająkiem a pajęczyną, bądź tylko jedną określoną czynność między tymiże?
G2 – Ależ nie zrozumiał Pan kontekstu
W – przepraszam jestem Panią, tylko wyglądam jak Pan
G2 – Przepraszam, ależ Panie Panio nie zrozumiał Pan kontekstu
okryzk W- jestem po prostu Pani, Pani Pani! Proszę to zrozumieć
G2 – Przepraszam jeszcze raz, tylko taka drobna uwaga z mojej strony – nie wypada samemu się tytułować i nie ważne czy Panem czy Panią, jest to zwrot grzecznościowy używany zwyczajowo przez osoby trzecie.
W – ale Pan pomija kontekst, w którym to wypowiadałam, jestem zdenerwowana! Pan mnie tytułował, tylko niepoprawnie
G2 – Zaraz, zaraz yh, eh, proszę Pani a co z moim kontekstem, który Pani pominęła i to aż dwa razy, pierw jako Pan, a potem jako Pani ! W ogóle po co Pani była Panem, skoro to nic nie zmieniło!
W- A jak miało zmienić według Pana logiki, skoro pierw byłam Panem a potem Panią. Chyba nie trudno zrozumieć, że mogłam się dopiero zmienić jako Pani.
Prowadzący (redaktor) – przepraszam ale uciekamy od tematu – nie mogła Pani od razu uprzedzić uczestników dyskusji, że w trakcie przejdzie Pani na Pana, to znaczy przejdzie Pani z Pana na Panią? Zaoszczędziłaby Pani, a właściwie zaoszczędził by Pan, bo wtedy Pani wypowiadała się jeszcze jako Pan, sobie i nam tych nieporozumień?
W – Nie, na początku to ja tylko w tego Pana mniemaniu byłam Panem
G2 – wydawało mi się, że Pani przed chwilą sam mówiła o zmianie z Pana na Panią..
W – Pani przerwała – ale to było w sztucznym kontekście -dla wyjaśnienia, jakby Pan nie zrozumiał
Prowadzący – odnoszę wrażenie, że Pani celowo wprowadza kolejne konteksty, a obawiam się, że jest już ich tyle, że się z nich nie wygmatwamy
W – ale ten jest sztuczny
G2 – zapewne, tak jak Pani była Panem …też chyba musiała Pani mieć coś sztucznego, eee, to znaczy chciałem powiedzieć też chyba było coś w tym sztucznego
W – jest Pan nieuprzejmy
G2 – Proszę Panią,na temat proszę
P – ale to ja prowadzę tą dyskusję
W – to proszę reagować Panie redaktorze
P – Szanowni Państwo może uporządkujmy, spróbujmy wyjaśnić wszystko, wróćmy do pierwszego kontekstu i od niego rozpocznijmy
G2 – Nie,nie, nie!
P – Co nie?
G2- Ja nie mam ochoty proszę Pana od nowa zaczyniać i przerabiać tą Panią jako Pana
W – Co za bezczelność – to Pan przecież zaczął robić ze mnie Pana. No Panie redaktorze, proszę reagować, Pan widzi co się tutaj dzieje?
P – nic się nie dzieje bez przyczyny
W – Słucham? Pan mnie nazwał Panem z jakiej to niby przyczyny?
P – To już do Pana, nie do mnie pytanie
G2 – a co, ja to niby powiedziałem, że nic się nie dziej bez przyczyny?
W – to jednak bez przyczyny Pan mnie tak nazwał? Heh, wydało się
G2 – Proszę Panią, przecież przyczyna ujawniła się później, kiedy Pani to potwierdziła, że była Pani Panem

przerwałem oglądanie programu „zrosumieć ludzi, eh…!”

Piętro pierwsze, okno trzecie od lewej – tak zwana susza,nic się nie dzieje. Widoczne jedynie jakieś dokumenty na parapecie, dzisiaj talko taka jedna kartka leży:

Instrukcja stanowiskowa

Uwagi ogólne

Punkt 1. Przed przystąpieniem do pracy należny:
- zapoznać się z niniejszą instrukcją
- dopuścić się do pracy
Punkt 2 W trakcie pracy pracownik powinien:
- stosować się do niniejszej instrukcji
- wykonywać pracę zgodnie z przedmiotową instrukcją
- nie stosować praktyk niedozwolonych
- zdroworozsądkowo (wszystko)
Punkt 3 Po zakończeniu pracy należy:
- pozamiatać
- posprzątać wszystko, oprócz tej instrukcji, żeby można było się z nią zapoznawać przed kolejnym rozpoczęciem pracy, celem rozpoczęcia tejże zgodnie z nią (to znaczy z tą instrukcją)
- iść do domu, ewentualnie nie iść

A tam gdzie różowe ściany, różowe same w sobie, lub światłem na tako malowane – jebka. To taki stan przeciwny do wyjebki, gdzie się ma na wszystko wyjebane. On ma taką jebkę bo się zakochał. A zakochał się tak, że dopuszczalna taka miłość może być tylko między tymi różowymi ścianami. Oczywiście żyje na realu, ale na wpół obecny. Kiedyś przyćpał kilka razy i to widać po nim było na ulicy, w tramwaju, taki wyalienowany z rzeczywistości, bez rzepów, które trzymałyby go w realiach, bez stateczności, staranności i należytej powagi. Teraz bez niczego odpierdolił od ziemi i gdy jedzie w tramwaju, w telepoczącej się Skodzie 19T, siedząc na podwyższeniu na czwórkach między majtającymi się pacjentami wieczoru, śmieje się sam do siebie, a może do pustych siedzeń naprzeciwko lub tychże na szybach odbiciem wyrysowanych. Przecież nie masz osiemnastu lat człowieku, bo poznaję to po wyglądzie, czy orientuję się po tym jak długo cię znam. Nie masz! Nie! Że co? Że niby masz bardziej niż osiemnaści lat? Że ta jebka tak ci gra, że wpisujesz się w latanie bezładne, zapominasz i pierwszości, sobą władać pozwalasz, szarpią cię z każdej strony, a Ty nie wiesz, a Ty nie znasz i błądzisz tak pięknie jak niewiasta? Może jutro, może się uda, może powrócisz i sobie przypomnisz, że to już było, że to już znasz a pierwszy raz jest tylko pierwszy raz. Niniejszym nieokreślenie zostajesz przywołany do porządku.

Tymczasem o dwudziestej pod siedemnastką zawrzało.

Debatowanie

Debatowali o granicach wszelakich. O granicach państw, o granicach których przekroczenie stanowi człowieka artystą, o granicach za którymi zaczyna się związek między dwoma ludźmi. Czy Państwa muszą mieć granicę, po co one są, skoro dzielą ludzi? Na logikę są niepotrzebne bo dzielą ludzi, eksponują różnice aż do tych skrajnych generujących nieakceptowalne konflikty. Jednakże ze strony drugiej w odrębności jest pewne piękno, różne grupy ludzi, jak i każdy z osobna pięknie inny, bo jakże inaczej… Są grupy państw wydzielone nie wiadomo jak dawien, ale też grupy interesów, zainteresowań, poglądów tworzące niewidoczne, a wyobrażalne tylko granice – trwałe chwilowe, płynne, zmienne, zapominane, a niekiedy pieczołowicie pielęgnowane na wzór tych państwowych. Niektóre jednostki przywiązują się do granic inne zaś swobodnie je przekraczają ku szczęściu, w poszukiwaniu, w poznaniu. Szczególni lubią nazywać się artystami, kreować, promować. Przeciwny pogląd to taki, że o tym czy jesteś artystą nie sam decydujesz, nie sam jesteś w stanie powiedzieć. Każdy jest artystą, a nikt nim nie jest. Nie ma czegoś takiego. Związki to wynalazek dziwnych nowych ludzi. Tu nie ma granic i deficjencji. Mówimy sobie, że od dzisiaj jesteśmy razem, czujemy że to już, że to tak – widzieliśmy mnogo że to tak ma się wszystko odbywać, na zasadzie umowy, twardy moment, twarda chwila – od dziś – coś się kończy, a coś się zaczyna. Kiedyś naturalnie cały czas coś zachodziło, płynęło. Może i racja że trochę byliśmy w związku, a trochę nie i to było takie nieugadane, niejasne. Nie wiadomo, kiedy, na ile itp. Gdyby nie było takiego słowa, pojęcia związku, możliwości uzgodnień, umówienia się, trzeba by było pilnować, uważać, starać się cały czas. Takie coś by nie pomagało, a o ironio by tworzyło. Nie wiem dalej czy zerkać granic, pierdolić je, pozostawać w niedopowiedzeniach. Wyprowadzam się z tego pomieszczenia.

Jedno okno jest jakieś dziwne, na boku budynku i niby sztuczne, a tak sprawnie narysowane na ścianie że wrażenie sprawia rzeczywistego. Takie właśnie okno budzi największa ciekawość. Nieprawdziwe, nienamacalne i nierzeczywiste, a jednak ciągnące za wyobrażenie niczym rybak za sieć.

Zasłyszałem, że kiedyś mieszkał tam Heniek z żoną Darią, dzisiaj mieszka tam Staszek z mężem Marcinem. Kiedyś Heniek będąc mniej więcej w wieku Staszka, czyli koło czterdziestki, a było się wówczas w tym wieku już starym, miał brodę podobną do tej zapuszczonej niedawien przez Staszka. Tylko ta broda dzisiejszych czasów taka wypicowana, wygłaskana, a każdy jej włos poddany indywidualnej opiece skazany wręcz na na kosmetyki specjalne – tytko do pielęgnacji brody – ze sklepu specjalistycznego. Heniek i Staszek – jakże podobni, a jakże różni. Heniek idzie do pokoju, gasi światło i po bożemu, Staszek zaś przy świetle i Boga już nie zaprasza a zabawkami, gadżetami dojeżdża do granic.
Heniek jeszcze żyje, jest wierny swej samotności, bo wierny po prostu, jak mu nakazano. Tylko zdjęcie Darii niekiedy odkrywa ,zrobione tuż przed wypadkiem. Uśmiech tam, wywoływany tylko im dwojgu znaną metodą, ja nie wiem czy to miny specjalne, czy to chemia (taka niekoniecznie dzisiejsza – nieproszkowa) czy po prostu rekcja uśmiech-uśmiech. Patrzy na Darię z obrazka i widzi to i czuje. Poza kadrem siebie wciąż dostrzega, naprzeciwko Darii. Po krótkiej sesji odkłada tą fotografię i zostaje sam w tym za każdym razem mnie zrozumiałym świecie. Sam w świecie poza jego kadrem. Staszek zaś, Staszek, Staszeczek, Staszunio w emotikonki i selphie na co dzień się ubiera, a gdy zapada noc nie poznaje, nie pamięta. Błądzi, gubi, szuka, znajduje – ale to nie to. Wszystko to zmierza w kierunku depresji. Daniel.


…a Daniel mieszka piętro wyżej. Jest najbardziej tajemniczy i nieobecny w tym budynku.
Jest tajemniczym pisarzem, jednak pisze bardzo powoli, bo życie dziś szybkie i niezwykle absorbujące wszelakie zasoby. Walczy by zaistnieć i walczy o to na ogół, szczególnie z czasem. Niekiedy jednak z czasem walczy tylko czasem. Piesze, dopieszcza, poprawia, kiedy tylko wolna chwila się zetkną z natchnieniem. Wierzy w to że nie zdąży, nie skleci całości, nie znajdzie posłuchu, nie skończy. Dziwne.
Niektórymi dniami ze smutkiem stwierdza, że skoro on sam po licznych poprawkach nadal tego nie rozumie – bo nie ma końca, początku, ciągu logicznego a sens jest nazbyt rozproszony, to dla potencjalnego czytelnika, którego notabene (niby) nie chce mieć, może to być nieatrakcyjne. Pisze wytrwale.

ostoja
moja ostoja
ja się boja
ty się boja
my się nie boja
toteż będziesz moja
moja ostoja

Ona

Brak komentarzy

W ciszach śródnocnych, niezakotwiczonych w czasie, nielogicznych, bo jakże? Cisza może być tylko jedna wszakże. Stanęła jakby w welonie u progu, a było to w salonie. Postacią wcale nie była i niby ten welon bez ciała widocznego winien się unieść w tej sytuacji i ducha powinno to przypominać, to jednak czasu takiego nie było, aby weń to zjawisko trafiło. Więc po co o tym piszę, więc po co o tym napominam i po co to jest w ogóle? Kto mi w to uwierzy i głupa przez tą opowiastkę we mnie nie namierzy? Wy przecież w czasie wędrujecie, ona zaś statuje w zaświecie i nie jest postacią ni zjawą wcale, lecz zapewniam Was – jest, była i będzie nadal, wielce, niemale. Już od czasu dłuższego w nocach się wybudzałem, nie mogłem namierzyć, zrozumieć a zaświadomie odpowiedzi do pytań niepostawionych otrzymywałem. Nie wiem czy bezpośrednio od niej ten przekaz dochodził, czy wzbierał się we mnie wewnątrz, jakby z pyłu, a nie po nitce nadany. Nie taki co u Was mógłby być jedynie zrozumiany – że ja do Ciebie albo Ty do mnie, że od punktu A do punktu B, a od punktu B do puntu C, że musi być wejście i wyjście. Nie! Ona z prostotą nie koreluje, dokładnie tak samo jak coś z niczym. Coś jest, a niczego nie ma – czyli jest, jest nic – czyli nie ma..

Nie ma już takich miejsc, gdzie trudno zostać złowionym przez wszechobecnie kształtujące ludzi linie. Linie poglądów, trendów, norm i wyznaczników wszelakich. Są tylko namiastki lub resztki dawnych krain. Zapewne gdzieś daleko, na wschodzie, na mało zaludnionych ziemiach, tam gdzie mniej dociera cywilizacja. Może jest to gdzieś w Bieszczadach, może na Podlasiu, a może tamże ale tylko w skrawkach wspomnień ginących, tak jak giną ich posłańcy. Krainy owe przemijają tylko niekiedy w iskierkach nadziei nierozsądnej, pewnie też nieuzasadnionej czasem obecnym. Niektórzy nie dotknęli, nie poczuli a pragną nieracjonalnie, wręcz śmiesznie. Pragną tam uciec, w obraz już pokryty kurzem, niewyraźny i niedopowiedziany i nie wiem czy to o to chodzi, aby właśnie tam, czy tylko o to aby uciec, a wyobraźnia dopowiada że tam tylko jest inaczej. Czy jest taka droga na przekór? Czy są powroty? Nikt prawdy nie powie. Nawet gdy ktoś się odezwie, zapewni że niby był, że niby wrócił, coś potem napomni, wszystko o dziwo pozostaje niepewne i nieznane.

Może tak jednak zejść na ziemie i nie myśleć o tym. Niech pozostanie tęsknota za Ameryką niezaznaną, a później za wsią polską coraz dalszą. Tęsknota jest przecież po to, by ją zaspakajać, nie pielęgnować i by doznawać potem rzeczy nowych lub rzeczy na nowo. To właśnie ten element poznawczy jest przezeń wyzwalany i właśnie on na moje zmysły dosadnie tak działa. Tak samo jest ze związkami, bo trzeba nam tej świeżości, nowych ludzi, nowych zachowań, nowego ciała lub co jak niektórzy by woleli rzec – nowego mięsa. Takiego poznawania na nowo już nam znanych się boimy, bo inny już nam znany jest mniej wiarygodny. Jeszcze wracam, więc wieczorem trzymaj mnie za rękę. Rozmawiajmy gdy słów brak, nie wypowiadajmy ich, rozmawiajmy tak. Powiedz tylko jeszcze raz, że nie ważne gdzie, a ważne z kim.

Maź

Brak komentarzy

Taka wielka i coraz głębsza maź się z tego robi, w której nic nie jest oczywiste. Niby powietrza brak, świat się z oczu zatraca, a wielce jest przyjemnie. Doskonale wiem, że nie jest to sen, a stan przed którym całe życie się wzbraniałem, jak robię to nadal. Maź, to nie tylko ja w niej tonący, maź to ja i Ty, jako jedna siła. Ja odpowiedzialny i wrażliwy, zatroskany ponad siły o Ciebie. Maź to wielka wiara, że Ty też i takaż wina, że ja. Niestety, wpadłem. Nie mówiłem Ci tego, ale nie jestem do tego stworzony. W dawien już czas w samotności postanowiłem zostać, jako że owa samotność stanowić miała mój fortel na życie i pomóc w przebrnięciu przej jego trudności. Miałem się nie troskać o nic, o nikogo, miałem nie dawać powodów do zmartwień o siebie, miałem być twardy i niedostępny. Świat z wyraźnie zarysowanymi konturami miał być bezpiecznym schronieniem. Wstąpiłem na mazisty grunt tylko raz, z potrzeby, miało być tylko na chwile przyjemnie. Właśnie ten jeden raz pociągnął mnie, bo źle trafiłem – na Ciebie. Skleiliśmy się spoiwem zbyt mocnym. Kłopotów niekiedy mnóstwo przynoszę i wyjątkowy wcale a wcale nie jestem, ale Ty trwasz przy mnie – im mocniej, tym bardziej mazista przestrzeń się staje. Przestrzeń wyraźna wyraźnie zanika, gdy ja rajsko zatapiam się w mazi. Zaś gdy przyjdzie się wynurzyć…

Słońce jeszcze letnie niby poświęca przez szyby tramwaju, a już czuć że chłodne powietrze się smaga z letnim. Niepewność niewidoczna i niewyczuwalna już w ludziach narasta. Nieświadomie siedzą w większym skupieniu i z nostalgią z nadmiarem skrywaną. Przemierzam te kilkadziesiąt znużonych metrów do domu. Za kobietą starszą przychodzi kawałek niedługi mi przemaszerować i czuje się tak idąc wobec niej jak zboczeniec. Jakbym był nadmiernym zagrożeniem, zabierającym jej spokój z błogiego spaceru. Nawet nie wiem czy ogląda się ona w poczuciu zagrożenia, czy ciałem tylko tak do mnie przemawia. Nie zrobię nic, też tak samo to współdzielenie muszę znieść i przetrwać. A gdy idę wobec chłopa wielkiego to żem tak mały i nie wiem czy kobietą delikatną jestem wtedy czy ofiarą potencjalną wandala. Ludzi mam po pierwszym wrażeniu w sobie opisanych, ludzi do schematów przypisanych i właściwie to nawet nie jestem do końca przekonany czy muszę ich mijać na ulicy, czy muszę ich patrzeć, aby w sobie przywołać. Jedynie po co byli by mi potrzebni, to po to, aby korygować ich w wyobraźni, aby z szufladek wyjmować i badać na nowo. Ciekawości takiej jednak mi brakuje.

Tak mi się smutno zrobiło

Jakby wyjechał z Tobą cały radosny Wrocław

Świetnie, że dzwonisz…i mogę ci o tym powiedzieć

Jakie smutne to miasto, bez Ciebie

 

A może to tylko moja głupia wyobraźnia

I w cele nie dzwonisz

A tu wcale nie jest smutno

Tylko ja jestem bez Ciebie

…a miasto czeka

 

Może też smutek z miast wyłapujesz

Miała być błogość z Tobą spacerów

Są ludzie zabiegani, pociągi i samoloty

Ginące w światach niedoścignionych

 

Pamiętaj o naszych czasach

Pamiętaj o miejscach zamglonych

Ja jestem nostalgią, a Ty wspomnieniem

Wrocław czekającym nas spotkaniem

Jeśli to miłość, a jeśli miłość ma skrzydła…

Są to skrzydła z bezmiaru, co bezkresom przewodzą

Wszechwładnie, a jakby niestabilnie

Niestabilni my…wysokich lotów doświadczamy, spadamy

Balansujemy skraju upadku – myślą poskręcaną, pozwijaną

 

Gdy się wzbijamy jesteśmy, gdy spadamy walczmy by być

Gdy lecimy jesteśmy, gdy spadamy walczmy by być

 

Niesprzymierzone do nas jest wszystko

Niesprzymierzona do mnie też Ty

Jeśli jednak to miłość, jeśli to ja i Ty, to nic

Tak bardzo chcę być, choć słabnę

Gdy się razem wzbijamy mogę najsłabszym być

Dziś się mnoży się od artystów, pisarzy i fotografów. Łatwo dziś robić zdjęcia, coraz więcej osób pisze książki. Posłuchuje się niekiedy i takie opinie, że na czasie więcej będzie pisarzy niż czytelników. Trudno poruszać się w tym gąszczu, aż się kotłuje. Większość z nas nie czyta, większość widzi fotografa w każdym, kto potrafi zrobić zdjęcie z małą głębią ostrości lub dobrze wypada na płaszczyźnie marketingowej. Ale jest i ta mniejszość odbiorców, co czuje i odbiera bodźce wszelakie. Właśnie ta mniejszość sanowi dzisiaj clou tej całej gry i stoi znacznie wyżej niż artyści i niemi odbiorcy. Tylko ta nieliczna, niewyeksponowana brać nasza się spełni. Nie dla nas ta zabawa w sztukę.

Dzisiaj pomaganie nie jest popularne, bo większość ma dobre czasy i nie zna tego, co doświadczają ci mniej liczni, cierpiący. Dzisiaj w czasie rozwoju, nazwijmy to „twórczych sposobów wypowiadania się” można wszystko wypowiedzieć, nie wprost, a w sposób, który bezpardonowo dobije cierpiącego i jednocześnie ukoi sumienie krzywdzącego. Chyba to krzywdzenie innych mamy w naturze. Tylko kiedyś, gdy potrafiliśmy mówić jedynie prostymi słowami i mówić tylko wprost, gryzło to się z naszym poczuciem wstydu, że zadajemy ból bliźniemu. Dzisiaj potrafimy mówić już tak, by zabić słabszego i wszystkim nam silnym jednocześnie, tymi samymi słowami, wmówić że po dobro idziemy.

Okazało się, że miłość inny ma smak, że uścisk śmierci inny tak samo. Inny w fabule, a inny w prawdzie. Doświadczył tego, rozróżnił, rozdźwięk go porwał w przepaść, której nie ogarnął. Choć poznał tą przestrzeń, zupełnie nie potrafił jej zinterpretować. Nie nadał znaczeń, celem postawienia podwalin pod konstruktywne wnioski, jak to w zwyczaju był robić. Gubiło go to, lecz zagubienie dostrzegli inni, nie zaś on sam. Kim był, skoro nie potrafił przyjąć rzeczywistości różnej od wyobrażeń? Słabeuszem, nieudacznikiem, a może nadmiernym wrażliwcem? - zastanawiali się co poniektórzy.

Tak, tak! Pytam, bo trzeba nam to nazwać, bo trzeba ocenić, w prawdzie postawić takiego! - inni wręcz irytacją się przepełniali.

Zagubienie w nim dostrzegali niemalże wszyscy, zagubienie bezzasadne i bezcelowe – widzieli to przecież. On jednak znajdował to swoje niepowtarzalne ukojenie w tym balansowaniu między prawdą a fikcją, w tym pozostawaniu, nie wybieraniu żadnej z dróg. Był na wpół świecie. Był tam i tu. Nie było go tam, ani tu. Sprowadzało się to do tego, że był nieobecny, doprecyzuję – był jakby nieobecny. A w sobie nadal gdzieś ważył słowa, rozważał wszytko na dwa razy, delektował się, po prostu. Rozwijał rozdźwięk też inny – między sobą, a innymi. Stał z boku, obserwował świat z pewnej, coraz to dalszej, odległości – wygodnej perspektywy. Tak lepiej jemu było, lecz tylko jemu, więc musiał odejść. Będę dążył do poznania szczegółów tej sprawy.

To właśnie do Ciebie piszę ten krótki list, choć nigdy Tobie go nie wręczę, bo specyfika sytuacji której on tyczy, nie przeważa za tym.

Z autyzmem byłem, chociaż nie nazwanym i nie do końca rozpoznanym, od dziecka. Po prostu uznawano mnie zazwyczaj za zwyczajnie głupiego. Słyszałem i rozumiałem chyba dwa razy bardziej, niż ci co wypowiadali i rzesza tych co powtarzali, a na pewno czułem dwa razy bardziej to wszystko. Uciekałem od świata, zamykałem się i swój oddzielny świat umacniałam, bo oddzielny świat mi tylko zaoferowali…

Zatem radę Ci taką zapodam. Nie zważaj na świat, co ci fundują twoi opiekunowie autyzmu, ich nie wyleczysz, ich nie zatrzymasz – muszą się spełnić. Mury ci postawią dookoła, mury których nie przeskoczysz, ale nauczysz się żyć, staniesz się silny, aż w końcu mury rozbijesz i rany ci tylko pozostaną na całe życie. Wyjdziesz na świat ci nieznany, cały obolały, zdruzgotany i z żalem, że dopiero teraz, zaczniesz się zadomawiać. Nie będzie łatwo się zmagać z tak ogromną przestrzenią dookoła i mocnym buntem wewnętrznym. Całkiem nawet możliwe, że się Tobie nie uda. Opiekunom autyzmu na pewno się nie udało i nie uda.

Kurwa! Jaki piękny ten świat, tylko wszyscy przegrani. Tylko jedni gorsi, a drudzy lepsi. Przynajmniej tak sobie mniemają. Widzę Cię, myślę o Tobie codziennie i kibicuję, ale nigdy nie wzbiorę w sobie na tyle siły, by ci cokolwiek przekazać.

… może Ty będziesz właśnie tym, który wyśle swojemu przyjacielowi list, jeśli tylko go będziesz miał.

Klapanie Twoje obok mojego słyszę. Jakbyśmy szli w japonkach po mięknącym asfalcie w upalny dzień. Klap, klap – stopa odchodzi od klapka, klapek od asfaltu, w powietrzu dołącza do stopy, wracają na razem ziemię. Klap, kalp, znaczące że jesteśmy razem, że razem do przodu, może nie gnamy, lecz stanowczo podążamy. W nieznane, ale razem – dobry to znak. Tuż przed zakrętem ostatnim gdzieś, już blisko domu, dźwięk Twoich klapek zanika. Odwracam się, szukam, gąszcz ludzi, niesłyszalnych mi dotąd. Gąszcz, co mi walczyć nakazuje ze wstydem, gdy za tobą spoglądam. Gąszcz, co cię skrywa i nie wyjawia czy cię wciągnął mimo woli Twej, czy ci ułatwił tylko odejście.

A ja idę do przodu, niby chcąc uwierzyć, chcąc zawrócić po Ciebie. Nie rozumiem więc dlaczego idę do przodu, zamiast do tyłu, jak Ty. Może źle idziesz? Może ja jestem po to, aby cię zwieść z tej drogi, ale nie widzę tego, bo nie widzę Ciebie.

Możesz już mnie rozbierać
Pościągać jabłka i gruszki
Możesz już teraz
Korzystać z jabłoni i gruszy
Świadomie wobec nieświadomej duszy
Postąpienie niedostrzeżenie zatonie
Pod falą ogień rozjuszyć

Soku nie będzie
Popiół na duszy
Dusza na dłoni
Serce na duszy
Popiół je słoni
Jabłoń bez jabłek
Grusza bez gruszek
Nic nic nie kusi
Tak już być musi

Pora taka przychodzi
Ty możesz
Co być musi
Nie odziejesz jabłoni, ni gruszy
Nie możesz
Nie chcesz
Nie możesz chcieć
Nie musisz
I nic nie skusi
Nie może, nie chce, nie musi

Jest kurwa, a ja jestem Róża z autyzmem, na wiatry i pogrzeby. Jestem Róża z autyzmem, a tak samo dobra. Róża z autyzmem i nie rażę nim jak człowiek drugiego człowieka – bardziej niż siebie. Zapomnieli o mnie, więc i ja mogę być, więc teraz naprawdę jestem. Jestem fragmentem i też więdnę, tak samo, jak te nieautystyczne, przecież całe plantacje wymierają.

Noszą mnie w rękach i obdarowują mną czasami jedni drugich. Płacą za mnie, a i niekiedy mnie kradną. Kłują się mną i krwawią, zależnie jak złapią, z jaką uwagą i delikatnością. Teraz niesie mnie facet zamożny, elokwentny patriota przykładny. Po stronach ci, co to ja nie dla nich …bo dalecy, bo obcy, bo inaczej wyglądają, z innej klasy. Stoją przy murach, patrzą, niby rozumiejąc, ale chyba świadomości jeszcze pełnej nie mają – za młodzi. Patrzą jak na niedostępność, jak na nadzieję, jak na film i fabułę – światy niedoścignione. Bolę ich bardziej, niż tych, co kłuje, bo mnie nie mają. Ach jakże bym pokłuła te delikatne twarze, rysę na szyi zrobiła, prawdę o świecie krwią wyszyła, gdyby mnie tylko ta wyższa siła puściła. Jam w dłoni ściśnięta, jam rzecz – jak ci przy murzę, młodzi, wpatrzeni, w milczeniu i nieuświadomieniu. Wszystko wypisane co ich czeka, ale ich nadzieja głupia, ach głupia, daleka.

Gdybyś mógł człowieku ze mną, tak z boku przemaszerować. Zobaczyć świat niezależnie od spraw ważnych dla Ciebie, niezależnie od tarczy zegara, co rytm ci wyznacza. Gdybyś tak mógł wyobrazić sobie, że po raz pierwszy to widzisz, że po raz pierwszy to czujesz. Nie rozumiesz, po co tam idą, po co tam lecą, świecą dziwnymi rzeczami, zbliżają się i oddalają. Gdybyś mógł zobaczyć na nowo kolory, powtarzalność i schematyczność, które już ledwie dostrzegasz. Gdybyś mógł mi potem zdjęcie zrobić z małą głębią ostrości, jak fotograf, bo fotograf to ten dla was, co zdjęcie takie robi. Zdjęcie z tak małą głębią ostrości, żebym ja tylko istniała, żeby tylko mój świat był ważny. Tak mała głębia, od artysty fotografa, zamyka mnie w autyzmie. Zaburzeniem autyzm nazywacie? Zamykając mnie w autyzm sztukę uprawiacie?

Noszą mnie w rękach i obdarowują mną czasami jedni drugich. Płacą za mnie, a i niekiedy mnie kradną. Kłują się mną i krwawią, zależnie jak złapią, z jaką uwagą i delikatnością. Teraz niesie mnie facet zamożny, elokwentny patriota przykładny. Po stronach ci, co to ja nie dla nich …bo dalecy, bo obcy, bo inaczej wyglądają, z innej klasy. Stoją przy murach, patrzą, niby rozumiejąc, ale chyba świadomości jeszcze pełnej nie mają – za młodzi. Patrzą jak na niedostępność, jak na nadzieję, jak na film i fabułę – światy niedoścignione. Bolę ich bardziej, niż tych co kłuje, bo mnie nie mają. Ach jakże bym pokłuła te delikatne twarze, rysę na szyi zrobiła, prawdę o świecie krwią wyszyła, gdyby mnie tylko ta wyższa siła puściła. Jam w dłoni ściśnięta, jam rzecz – jak ci przy murzę, młodzi, wpatrzeni, w milczeniu i nieuświadomieniu. Wszystko wypisane co ich czeka, ale ich nadzieja głupia, ach głupia, daleka.

Co by było moim uciekaniem? Raz po raz zmienia się to uciekanie. Czytanie, słuchanie, dumanie, do miejsc wolnych, wolnych miejsc odwołanie. Sytuacyjne bezdźwięczne śpiewanie. Wiosną jesienne oddychanie, jesienią wiosenne. Szemranie, wyobrażanie, bliskie z daleką postacią obcowanie, z bliską do pierwszych chwil cofanie. W innym tempie oddychanie. Takie to moje uciekanie, w takie doznanie, co pozwoli na odstanie od tego co się na zaś stanie. Od tego co dzisiaj było, a jak było miło, a jak niemiło. Dlaczego tak? Takie przeżywanie, zaangażowanie, myślenie co inni myślą, desperackie granie …poza graniem nadal uciekanie. Uciekanie będące budowaniem, przywracaniem, zdobywaniem. Między codziennością, uciekaniem, w mgiełce świadomości – ja. Takie moje dzisiaj ha ha ha.

O czym jesteś przyjacielu mój?
Zamykam księgę, zamiast otwierać
Karty z opowieścią poszargane
Osobne, leżą sobie same

Cisza na rozdrożu

A jeśli chcesz, zamknij księgę moją
Odstaw na półkę, niech w kurzu zatonie
Idź już

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

I już. Winda się kręci i jeździ na boki, a nie tylko w dół, kółka zatacza. Zamknąć rozporek. Teraz długo nie, a droga daleka to będzie. Muszę pilnować swojej niedostępności, bo niedostępność najlepiej działa. Płyny się wylewają! Ależ mi? Ależ skąd? Przeto patrze na szalejący świat, wesoły dosyć tego wieczoru. Lewym okiem lepiej widać, prawym zresztą też, tylko dwoma naraz coś nie tak …jakaś anomalia.

Stoi ktoś. Stoi! Stoi! Stoi i czeka …jakby na kogoś. Dziewczyna? Nie. Chłopak? Nie, nie, nie, ale na pewno nie, teraz to już nie! Ja wszędzie pójdę sam lepiej. W realu inna niż w sms-ach i snach, a czy mi to potrzebne było? Bo dziś…

W lewo czerwone, w prawo czerwone, prosto czerwone. Gdzieś zapaliło się zielone, poszedłem, nie wiem które to było wprost, ale na wprost poszedłem, na prostą wyszedłem, krzyknąłem – poprowadź zielone.


  • RSS